Ugotuj swój biznes! – konkurs

Konkurs, a w konkursie do wygrania 5 egzemplarzy książek, którym patronuje razem z Bmac – Rachel Hofstetter „Ugotuj swój biznes”.

Info o książce: Ugotuj swój biznes – książka pod patronatem Bmac

Ugotujswój biznesCo trzeba zrobić?

Aby wziąć udział w konkursie, należy wymyślić i opisać – krótko lub długo – najbardziej pojechany pomysł na biznes kulinarny. Może być taki, którego nie ma albo taki, o którym już słyszeliście, a zwrócił Waszą uwagę. Najbardziej odjechane pomysły zostaną nagrodzone przeze mnie książkami!

Jak?

Odpowiedzi można zostawiać w komentarzach pod tym wpisem. Koniecznie wpisujcie też w formularzu swoje maile, abym w razie Waszej wygranej mogła się z Wami skontaktować.

Konkurs trwa do 7 czerwca. Rozstrzygnięcie i ogłoszenie zwycięzców pojawi się do 3 dni od zakończenia konkursu w osobnym wpisie. Organizatorem konkursu i sponsorem nagród jest Wydawnictwo Illuminatio.

O książce mozna poczytać tutaj: „Ugotuj swój biznes”.

Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Monia pisze:

    Dla mnie świetnym ‚kulinarnym’ biznesem jest prowadzenie restauracji ‚w ciemności’, w której goście podczas jedzenia mają zasłonięte oczy :) Może się to wydawać dziwne, ale pozwala to na niesamowite doznania kulinarne i smakowe. Można poznawać jedzenie nie tylko ‚oczami’, ale zapachem i przede wszystkim smakiem :)

  2. Aggie pisze:

    Jedzenie po omacku. Wspaniały pomysł!!!! Ile emocji!!!! Zmysłu sa cudownie wysotrzone. Nie ma jedzenia oczami.

    Pierwsza taka restauracja powstała w Austrii – Blinde Kuh, a poźniej już podłapali inni w Barcelonie, Moskwie, czy Poznaniu, Łodzi i Warszawie. Myslę, że te pomysł przebija Dine in the Sky. Propagatorem idei „jedzenia w ciemności” jest sieć Dans Le Noir.

    Nie chodzi o smak, bo podobno 90% klientów nie jest w stanie odgadnąć, co je. jest tu głębsza idea. Obsługą zajmują się ludzie niewidomi , a dziesięć procent swoich zysków sieć przeznacza na działalność charytatywną.

  3. Aguri pisze:

    Witam, dla mnie miłośniczki jedzenia najbardziej ekstremalnym kulinarnym pomysłem jest podniebna restauracja. Kocham jeść, kocham gotować, ale wysokości boję się jak mało czego, dlatego koncepcja połączenia tych dwóch czynników jest dla mnie zaskakująca i ekscytująca zarazem. Zastanawia mnie, czy możliwym jest delektowanie się wspaniałym posiłkiem mając jednocześnie duszę na ramieniu… hmmm… Czy miłość do dobrej kuchni, jest mocniejsza nić lęk wysokości. Czy bodźce pozytywne będą silniejsze niż te mniej przyjemne. Pomysł iście diabelski, zdecydowanie dla odważnych!

  4. Iza pisze:

    Witam

    Dla mnie restauracja w kosmosie np na takim Marsie albo Księżycu . Atrakcje kulinarne – kuchnia molekularna już brzmi kosmicznie , smakuje genialnie. Pewnie za 10 lat czemu nie, loty w kosmos robią się popularne. Otworzyłabym tam pierwszą restauracje. :) Pomysł odległy, ale coż od tego są marzenia !!!

  5. Margot pisze:

    Jednym z bardziej kontrowersyjnych pomysłów na biznes kulinarny, o jakim słyszałam, jest lodziarnia, w której lody produkowane są z mleka ludzkiego. Myślę, że w poszukiwaniu nowych doznań kulinarnych, jednocześnie sprawdzamy, gdzie są granice – czy tam, gdzie jemy robaki, mięso wiewiórki lub psa, pijemy kawę z ziaren znalezionych w odchodach, czy może tam, gdzie spożywamy produkty powstałe w ludzkim organizmie…
    Jeśli zaś chodzi o okoliczności jedzenia, to idąc za ciosem Dine in the sky, zeszłabym pod wodę. Może byłoby możliwe zjedzenie kolacji zaserwowanej w przeszklonej kapsule zanurzonej głęboko w wodzie, w okolicach rafy koralowej lub dawno temu zatopionego statku. Trochę tajemniczo, trochę strasznie, a do tego pyszności na talerzu…

  6. Myk pisze:

    A mi się marzy restauracjo- księgarnia, gdzie można w wygodnym fotelu zanurzyć się w wspaniałej lekturze, a kucharze przygotowują nam dania z czytanej książki, lub nią mocno inspirowane.

    Cóż, marzenia piękna rzecz.

  7. Patrycja pisze:

    Według mnie odjechanym i niecodziennym pomysłem, byłaby restauracja, gdzie kucharze gotowaliby na jej środku, na oczach gości, a mało tego – gotowali razem z nimi! Gość zamówiłby danie i gdyby był chętny, mógłby wraz z kucharzem przygotować swój posiłek. Na pewno coś takiego miałoby wzięcie! Nigdy z czymś takim się nie spotkałam, ale sama chętnie poszłabym do takiej restauracji!

  8. Izz pisze:

    Najbardziej odjechanym pomysłem, oraz dość ryzykownym (ze względu na sanepid czy inne instytucje) byłaby restauracja freegańska. Freeganizm (nazwa powstała w wyniku połączenia słów free oraz wegetarianizm) to dość powszechny trend, jest związany z ideą recyklingu, a mianowicie — recyklingu jedzenia. Na bazarach, w sklepach, supermarketach itp wyrzuca się każdego dnia tony nadającego się do spożycia jedzenia. Właśnie z takich produktów przygotowywane byłyby dania dla klientów. Menu byłoby bardzo różnorodne, bo nie wiadomo co kiedy szef kuchni znalazłby w kontenerze na śmieci;) Restauracja zgodnie ze słowem-kluczem ‚free’ miałaby też wolne ceny dań — każdy mógłby zapłacić za posiłek tyle ile może lub ile chce. Polityka cenowa jest tu inspirowana restauracją artysty Moby’ego, który w swojej restauracji ustalił wolne ceny. Taka kuchnia byłaby z jednej strony oryginalna, a z drugiej egalitarna. Jedzenie spełniałoby tu funkcję socjalizującą, a także byłoby namacalnym narzędziem protestu przeciwko nielogicznym zasadom kapitalizmu i marnowaniu jedzenia.

  9. Dominika pisze:

    Moim zdaniem w dobie, kiedy jedzenie staje się sztuką czas na coś ekstremalnego. Coś, co idzie dalej niż kuchnia molekularna. Ponieważ w kuchni molekularnej chodzi o całościowe doświadczenie zmysłowe (angażowanie nie tylko wzroku, ale też wszystkich pozostałych zmysłów), można powiedzieć, że najbliżej jej do sztuki. Jednak jak powszechnie wiadomo, zmiany w kuchni zachodzą wolniej niż w sztuce. Sztuka już dawno przestała liczyć się z gustami odbiorców, stąd między innymi nastąpił kres sztuki opartej na przedstawianiu przedmiotów, ludzi, krajobrazów rzeczywistych. Dzieło sztuki nie ma już sprawiać nam, odbiorcom, przyjemności., ale ma zaskakiwać, szokować, pobudzać do refleksji. Czemu by więc nie zastosować tego również do jedzenia, które pretenduje do miana sztuki? Moim pomysłem jest restauracja, w której jedzenie jest, mówiąc najprościej, niedobre (ale niedobre celowo, nie przypadkowo ;)). Chodziłoby o to, żeby wybić klientów z restauracji ze sztampowego myślenia, zgodnie z którym jedzenie ma sprawiać przyjemność. W tym przypadku klient nigdy nie wiedziałby, co znajdzie się na jego talerzu i musiałby konfrontować się z własnymi lękami i uprzedzeniami żywieniowymi. Walory smakowe byłyby podporządkowane walorom wizualnym, potrawa wyglądałaby jak dzieło sztuki, ale w smaku byłaby rozczarowująca (a może komuś by smakowała?). Taki typ restauracji miałby skłaniać do refleksji na temat naszych zwyczajów żywieniowych, tego, dlaczego wybieramy i łączymy ze sobą akurat te a nie inne składniki. Klient byłby eksperymentatorem tak samo jak kucharz, który próbuje różnych, dziwnych połączeń. Oczywiście taka restauracja byłaby dziełem eksperymentalnym, klient płaciłby niewielką sumę jedynie za wejście, nie za dania. Składniki dań nie byłyby stare czy zepsute, po prostu sposób ich przygotowania celowo pozostawiałby wiele do życzenia. Wiadomo, że taka restauracja to raczej eksperyment z dziedziny sztuki (czy liczy się tylko aspekt wizualny? – potrawy, jak już pisałam byłyby ładne) niż biznes, aczkolwiek myślę, że warto byłoby spróbować ;)

  10. Lilu pisze:

    Pomysłem i marzeniem mojej szwagierki jest otworzenie … szpinakarnii :) Miejsca gdzie serwowanoby dania zawiwrające szpinak np. calzone se szpinakiem i fetą, naleśniki z zielonym farszem, pierogi, apetyczne smoothie etc. Pomysłów jeest sporo, a w promocji lokalu i samej idei pomocny mógłby okazać się Popeye.
    Obie uwielbiamy te zielone listki i zgodnie twierdzimy, że wiele mam i szkolnych kucharek niepotrzebnie robi im czarny PR serwując szarą breję. Czas to zmienić!

Skomentuj


+ 7 = 12