Sylvie Simmons – Leonard Cohen. Jestem Twoim mężczyzną

Z biografiami jest tak: podobno żeby je polubić, trzeba do ich czytania dojrzeć. Podobno im grubsza, tym lepsza. I podobno też, im bardziej wydaje ci się, że o czyimś życiu wiesz już wszystko dzięki dwóm kliknięciom myszy w googlach, tym bardziej się ze swoją opinią przejedziesz.

„Chodzą słuchy”, że niczego lepszego o Cohenie już nie znajdziecie. Grubszego chyba też nie. Na dwukilogramowe cudo wydane przez Marginesy (a piękne książki wydają, oj tak) zasadzałam się już od dawna – i jak to w takich sytuacjach, chodziłam dookoła, szukałam, aż przestałam i wtedy samo do mnie przyszło. Zamiast odwrócić wzrok i pogardliwie wzruszyć ramionami w geście „teraz to jestem ponad to”, przygarnęłam z najszerszym i najszczerszym uśmiechem w historii zdobywania książek ever. Tak! Chodź do mnie, Leonardzie!

IMG_20150502_091629napis

Pięknie wydana i dobrze zresearchowana historia jednego z najbardziej wrażliwych muzyków. I nie mówię tu akurat o wrażliwości muzycznej (nie tylko), ale o wrażliwości w ogóle: zwykłej, codziennej, charakternej. Takiej, która pcha z jednego nałogu w drugi, nie pozwala zostać na dłużej w jednym miejscu, każe pisać, pisać i pisać, jeszcze więcej, jeszcze mocniej. Nie pozwala spać. Każe kochać kobiety z całego serca, a jednocześnie pozwala związać się z jedną z nich dopiero pod koniec życia. Taka wrażliwość, która ślepo wierzy, że trzeba być albo w porządku wobec wszystkich, albo lepiej nie zaczynać być w ogóle. Która zmusza do bezgranicznego ufania ludziom, zawierania umów na słowo honoru, martwienia się o swoich przyjaciół na drugim końcu świata i dziwienia się, że była kochanka nie chce kontynuować przyjaźni, już bez uczucia. Bo do głowy nie przychodzi, że jest w tym cokolwiek nie na miejscu.

Ale wrażliwcy tak mają i wcale nie ma się co temu dziwić. Tak funkcjonują, tak jest im prościej. Inaczej się gubią w świecie, który jest trochę zbyt skomplikowany, bo wkrada się do niego pośpiech, zawiść, kombinatorstwo. Wierzą w to, że ludzie z natury są dobrzy, więc nikt ich nie oszuka (pod koniec życia menagerka Cohena okradła go ze wszystkiego, sprzedając prawa do wszystkich jego utworów, książek, wierszy i rysunków oraz przepisując na siebie 99% jego majątku, 1% wspaniałomyślnie zostawiając artyście), interesują się tym, co inni omijają szerokim łukiem (źródła magnetyzmu piosenkarza? zmięty i zużyty podręcznik hipnozy noszony w kieszeni jego chłopięcych spodni), widzą więcej niż inni (emocji, powiązań, symboli, potrafią odczytywać informacje nie wprost) i naprawdę są święcie przekonani, że życie można oprzeć na chłopięcych marzeniach.

Bo można.

IMG_20150502_091824napis

Historia spisana przez Simmons ląduje na półce z porządnymi biografiami. A to rzadkość. Do snucia opowieści o czyimś życiu trzeba mieć niebanalny dryg, w dodatku umieć zrobić to tak, że główny (żyjący!) zainteresowany jest z niej zadowolony. Wielki podziw za wyciągnięcie na światło dzienne najdrobniejszych szczegółów i niezlekceważenie informacji, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się nieistotne – a w całej książce okazały się w kilku miejscach kluczowe. Sześćset stron robi swoje. I to, że przez kilka źródeł „Leonard Cohen. Jestem Twoim mężczyzną” została uznana za pierwszą pełną biografią muzyka: najbardziej obszerną, z największą ilością wiarygodnych źródeł i odnośników. A ode mnie w bonusie też to, że napisana tak sprawnie, że czyta się ją z dziką przyjemnością w minutę dziesięć, żeby w drugiej minucie chcieć jescze raz.

IMG_20150427_190733

Sylvie Simmons – Leonard Cohen. Jestem Twoim mężczyzną

przeł. Magdalena Bugajska

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2013

s. 600

format b5, twarda oprawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *