Święta z happy endem – świąteczny konkurs!

Przepis na udany piątkowy wieczór może być bardzo prosty: jaśminowa herbata, ciepły pled i dobra, mądra książka. Taka jak ta.

Dwie siostry, dwie różne ścieżki życiowe, dwa dramaty… Po tragedii, która wstrząsnęła małą społecznością w Seattle, Elsa, która jest pastorem, przeżywa kryzys wiary. Tamsin, piękna i zamożna, pewnego dnia odkrywa, że jej mąż jest przestępcą. W ciągu jednego dnia traci wszystko. Elsa wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie praca w kuchni dla ubogich pozwala jej odnaleźć ukojenie. Dla Tamsin deską ratunku okazuje się praca społeczna przy rewitalizacji ogrodu komunalnego w najbiedniejszej części miasta.

I… mam konkurs! Do wygrania 2 egzemplarze nowej książki Barbary O’Neal „Sposób na happy end”. Co trzeba zrobić? Skoro konkurs jest świąteczny, to idźmy za ciosem: największe kulinarne wpadki podczas Świąt Bożego Narodzenia. Ja sama miałam kilka: przesolony karp, którego nie dało się zjeść, kompot z suszu bez suszu, barszcz biały z grzybami i z…piaskiem.

Zatem: najbardziej spektakularne wigilijne wpadki w kuchni i to, jak próbowaliście się z nich wyratować. 

Odpowiedzi pozostawiajcie w komentarzach do tego wpisu. Nie zapomnijcie podać swojego maila. Najlepsze odpowiedzi wybiorę subiketywnie, a ich autorów nagrodzę książkami. Konkurs trwa do drugiego dnia świąt: 26. grudnia do godziny 22.00. Rozwiązanie konkursu do dwóch dni na stronie w osobnym wpisie.

Powodzenia!

Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Jola pisze:

    No cóż,wpadek miałam „mnoho”Ale jako młoda gospodyni i młoda mężatka,Pierwsza to chyba taka,że nie wiedziałam,że trzeba mak przepłukać zanim się go zaleje mlekiem i ugotuje.Nie wypłukałam i makowiec pięknie „szlifował” zęby piaskiem.
    Robiłam z jakiegoś przepisu ciasto drożdżowe.Dodawałam jaj/chyba z dziesięć/ „miąchałam,miąchałam” pot mi leciał z każdego otworu,a na koniec w przepisie pisało.Dolać rozpuszczone masło.Dolała,tyle tylko,że za ciepłe.O zwarzonych masach ,które ni dawały się rozsmarować,bo ciekły jak gluty po cieście nie będę wspominała.Zawsze jednak dobry humorek rekompensował straty,a wyżerę miały okoliczne burki!

  2. Wiewióra pisze:

    Od jakiegoś czasu Wigilie spędzamy we dwoje, nas dwoje Gabrysia i Olaf, by czuli nie pęd a magię Świat. Piekę, smażę ale dwóch potraw nie robię nigdy. Sa to pierogi z kapustą i grzybami i kapusta z olejem lnianym. To specjalizacja teściowej, nie próbuje nawet jej dorównać. Pewnej Wigilii, chyba 2 lata temu, Małżon pojechał do mamy po przygotowane pierogi i kapustę, jakie było moje zdziwienie gdy nie przywiózł tej drugiej. Spytany czemu zrobił wielkie oczy i padło pytanie „A Ty nie robiłaś???”. Dla mego męża wigilia bez kapuchy to nie wigilia więc wściekły był strasznie a wszystko przez nie dogadanie sprawy. To była moja wpadka bo nie powiedziałam wprost „mamo zrób i kapustę” ale i wpadka męża bo nie spytał czy ja robię kapustę. Więcej wpadek jakoś nie było bo robię tylko sprawdzone rzeczy a wcześniej raczej byliśmy czyimiś gośćmi :)
    Najwspanialszych Świat!!!

  3. Grażyna pisze:

    Ja kilka lat temu miałam przygodę z makowcem zawijanym drożdżowym. Zrobiłam zbyt luźne ciasto i w trakcie zawijania i wkładania do formy ciasto wymieszało mi się z masą makową. Upiekłam go jednak z ciekawości i wyszedł bardzo ciekawy w fakturze i smaczny „makowiec łaciaty”. Nawet zaprezentowałam go na blogu pod tą nazwą i opisałam całą przygodę :)
    http://oswajamy-kuchenke-mikrofalowa.bloog.pl/id,5291574,title,Makowiec-laciaty,index.html

  4. Wiewióra pisze:

    byłam przekonana, ze zamieściłam już komentarz… muszę nad tym znowu popracować :)

  5. jezyna122 pisze:

    a ja byłam tak zaaferowana czy wszystko jest, że po podzieleniu się opłatkiem podaniu barszczu z uszkami poszłam smażyć rybę bo zażyczono sobie taką z patelni. Pod konie smażenia nagle mnie olśniło, że w ogóle nie obrałam ziemniaków i ich nie wstawiłam do gotowania. No ciemno mi się zrobiło… w akcie desperacji przypomniało mi się, że mam w lodówce resztę ziemniaków z dnia poprzedniego, które zostawiłam do klusek . Szybko je zmieliłam doprawiłam i wstawiłam do piekarnika z garnkiem też z rybą, żeby nie wystygła. Na szczęście było nas mało i ziemniaków wystarczyło tym bardziej, ze niektórzy woleli jeść z chałką, ale stres miałam ogromny. Nikt się nie połapał i chwalili jeszcze że dobre takie zapiekane :)) Pozdrawiam :)

  6. Gemini pisze:

    Jako młoda mężatka postanowiłam urządzić pierwszą Wigilię dla całej rodziny w nowym domu. Każdy miał coś przygotować, mnie przypadł do zrobienia kompot z suszu, wszak wszyscy wiedzą, ze kulinarnym mistrzem nie jestem, więc miało być coś łatwego. Miało być 12 osób, więc kupiłam 6 paczek suszu ;) Włożyłam do garnka i zalałam wodą. Po godzinie okazało się, że kompot jest tak mocny, że zwala z nóg, pić się go po prostu nie da. Postanowiłam go rozrzedzić wodą, potem znów i znów, wysłałam męża na rundkę po sąsiadach w poszukiwaniu plastikowych butelek, bo już nie miałam go w co odlewać. Po 5 godzinach kompot nadawał się do picia ;) A ja na święta miałam ok. 20 litrów kompotu z suszu :D

  7. triste pisze:

    Moja najbardziej spektakularna wpadka wigilijna, zdarzyła się poza domem. To były pierwsze święta, które spędzałam bez rodziny, ale za to w towarzystwie chłopaka i jego bliskich. Głupio mi było iść z samymi prezentami, dlatego też postanowiłam coś ugotować. Jako, że do tej pory gotowanie nie sprawiało mi problemów, byłam przekonana, że swoim „teściom” przypadnę do gustu. Długo nie mogłam znaleźć przepisu idealnego, aż trafiłam na zupę grzybową. Nie chciałam zrobić zwykłej zupy grzybowej, dlatego postanowiłam wrzucić mini pierożki z grzybami. Pech chciał, że tego samego dnia, robiłam też pierożki truskawkowe i to właśnie je wrzuciłam do garnka. Na szczęście rodzina chłopaka, nie miała mi tego za złe, ale do dziś wypomina mi tamtejszą wpadkę.

  8. Magdalena pisze:

    Jestem totalnym beztalenciem kulinarnym. W tym roku chciałam pokazać, że jednak coś potrafię, więc zajęłam się pieczeniem ciast. Jednym z nich był śmietanowiec z galaretką- mało świąteczne, ale dobrze się sprawdza, gdy żołądek nie chce już przyjmować ciężkich wigilijnych potraw. Łatwe w wykonaniu, jednak cos musiało pójść nie tak. Zalałam ciasto galaretką i chciałam odstawic do lodówki do zastygnięcia. Tylko górna półka w lodówce była wolna, wiec by postawić ciasto musialam wyciągnąć rece do góry. Niechcąco przechyliłam blache i cala galaretka wylala mi się na głowę a ciasto zsunęło się na podłogę. Myślę, że ciasto nie było złe, skoro pies zjadł połowę z podłogi.

    W tamtym roku robiąc krokiety dodałam mąki ziemniaczanej zamiast zwykłej do ciasta, a do innej świątecznej potrawy dodałam kaszę w której zalęgły się wołki zbożowe czy coś takiego.

    Masterchefem nigdy nie bede. Przynajmniej nikt nigdy nie będzie kazał mi ,,oddawać fartucha”.

Skomentuj


2 + 8 =