Przy jedzeniu się (nie) czyta! – "Dom w Italii"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Z włoskimi smakami: pomiędzy kartkami i na talerzu. Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.
Mam przy okazji zapowiedź – od października „Przy jedzeniu się (nie) czyta!” zmienia swoją formułę z cotygodniowego na dwutygodniowy. Zmiana ma związek z moim natłokiem zajęć, których liczba rośnie lawinowo i od października powiększy się o kolejne sprawy. Ale mam nadzieję, że nie odczujecie przejścia na tryb dwutygodniowy zbyt mocno. Nie zamierzam rezygnować z pisania recenzji poza cyklem, układania pysznych przepisów i wypiekania coraz to nowych słodkości. Poza tym wierzę, że efekty zmiany będą bardzo pozytywne – pozwolą mi wybierać jeszcze lepsze i bardziej wartościowe książki, o których regularnie będę się rozpisywać.



Piękni dwudziestoletni. Ona samotna i po przejściach, on – romantyk ze złamanym sercem. Spotykają się, miłość wybucha i od tej pory żyją długo i szczęśliwie. Idealny przepis na życie? Guzik prawda!

Jak na lekką powieść z włoskim klimatem w tle, zaczyna się dość niestandardowo: od pogrzebu. Peppi, Włoch mieszkający prawie całe swoje życie w Stanach Zjednoczonych, po śmierci swojej żony stwierdza, że nie może mieszkać sam (jak na prawdziwego Włocha przystało), zbiera wszystkie swoje rzeczy i wraca do Villi San Giuseppe, małej włoskiej wioski, w której się urodził i wychował.
I tu zaczyna się prawdziwe życie. Peppi z gracją pakuje się w zabawne tarapaty, z których wyciąga go przyjaciel z dawnych czasów i właściciel fabryki słodkości, Luca, oraz jego córka Lucrezia, która po śmierci męża zaczyna rządzić zakładem ojca żelazną ręką. Pracownicy w popłochu chowają się przed nią po kątach i boją się przekazywać jej jakiekolwiek negatywne wiadomości. Jedyną osobą, która dostrzega w niej ludzka twarz jej Peppi, który z szerokim uśmiechem na ustach i wielką michą oliwek w ręku stara się ja przekonać, że lekarstwem na jej upierdliwość są właśnie owe oliwki. Włosi wyleczą cię ze wszystkiego przy pomocy jedzenia. Jesteś smutny? Zjedz makaron. Przygnębiony? Kawałek domowej pizzy. A na upierdliwość są oliwki. Szczęście po włosku!
Pezzelli napisał kolejna dobra książkę. I choć to już jego piąta (a licząc wszystkie książki o Toskanii i Włoszech, które od jakiegoś czasu zdominowały półki w polskich księgarniach, już dwudziesta-któraś), wcale nie powtarza schematu poprzednich czterech. Jest tak, jak ma być. Jak we włoskiej paście ugotowanej al dente: z wyważonymi smakami, nie za słodko i nie mdło. Książka odpowiednio przyprawiona, aromatyczna, z karuzelą pysznych smaków. Do tego włoski małomiasteczkowy klimat, który od jakiegoś czasu pociąga mnie coraz bardziej i prawdopodobnie jeszcze kilka książek, a skończy się tym, że któregoś dnia spakuję walizkę i pojadę zobaczyć na własne oczy wszystkie te słoneczne cuda.
Dużym atutem Pezzellego są jego bohaterowie. W niczym nie przypominają amerykańskich romansów (Pezzelli urodził się i dorastał w amerykańskim Rhode Island, w rodzinie o włoskich korzeniach), gdzie dwójka młodych gniewnych spotyka się, nagle bucha między nimi miłością i jak gdyby nigdy nic postanawiają zerwać ze swoim dotychczasowym życiem. Ona pracuje w wielkiej korporacji, niby jest szczęśliwa bo osiąga sukcesy, ale jednak czegoś jej brakuje, a uświadamia to sobie, kiedy pewnego deszczowego dnia spotyka na ulicy księcia w markowym garniturze (współczesna zbroja), z szarmanckim uśmiechem na ustach proponującego jej podwiezienie do domu (ale nie na białym koniu), żeby nie zamoczyła eleganckiej spódnicy i nie pogubiła po drodze drogich szpilek (jak kopciuszek). Można nabawić się cukrzycy.
Dlatego tak lubię powieści Pezzellego – są lekkie i letnie, ale nie głupkowate. Historie wymyślone, ale nie nierealne. Nie cukierkowe, a ciepłe, miłe, przyjemne. Takie, o których długo po przeczytaniu się jeszcze myśli. I które się wspomina tak, jakby się tam było i na własne oczy widziało zdarzenia opisywane w książce. Jak niezapomniane wakacje w Villi San Giuseppe.

__________________________________
Peter Pezzelli – Dom w Italii
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Kraków 2011
Wydanie pierwsze
Stron: 298
Wydawnictwo:

Na głodnego nie czyta się za dobrze. Ale coś słodkiego i włoskiego… Nie mogłam wpaść na co mam ochotę. W końcu – bingo! Dzisiaj nie będzie na słodko. Od dawna chodziły za mną prawdziwe włoskie paluchy. Ciepłe, miękkie w środku, z chrupiącą skórką. I znalazłam przepis idealny.

Pizzowe paluchy
(od Ines)

Składniki:

  • 1 kostka drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 2 szklanki ciepłego mleka
  • 1 kg mąki
  • 2 jajka + 1 do posmarowania
  • duża szczypta soli
  • olej
  • gruboziarnista sól – do posypania

Przygotowanie:

Pokruszyć drożdże, dodać cukier, 2 łyżki ciepłego mleka, 2 łyżki mąki, przykryć i odstawić do wyrośnięcia (ja zostawiłam swoje na 40 minut). Do dużej miski wsypać mąkę, sól, dodać roztrzepane jajka, zaczyn, pozostałe mleko, wyrobić, nie dodawać więcej mąki. Jeśli ciasto bardzo sie lepi, dodać trochę oleju. Odstawić na 15 -20 min. Posmarować rozmemłanym jajkiem, posypać gruboziarnistą solą. Piec do zarumienienia (ok. 10-12 min) w temperaturze 200-220 stopni C. Zbyt długo trzymane w piekarniku staną się twarde.

Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl – także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.
Email This Page
Print Friendly

PODOBNE WPISY

Nie odnaleziono podobnych wpisów

Komentarze

  1. Anonymous pisze:

    halo tu fred
    no więc wziąłem i zrobiłem i najpierw były krótko tzn i tak dłużej bo piekarnik się nie wygrzał a drugie zostawiłem w wyłączonym piekarniku.
    te pierwsze były super. tymi drugimi można w bejzbol grać.
    dobrze się zapytać lepiej samemu sprawdzić ;)
    dzięki, fred
    ps jak się do ciasta dosypie bazylii i majeranku to jest ciekawsze

  2. magda k. pisze:

    paluchy prezentują się rewelacyjnie :)

  3. Kuchareczka pisze:

    Fred, dzięki za informacje! Nastepnym razem zrobię z ziołami :) Paluchy bejzbolowe – no cóz, czasami tak wychodzi :) Pozdrawiam!
    Paulina – jasne, że tak! Takie komentarze sa nawet pożądane, bo zapewniają różnorodnośc, która jest fajna, bo każdy ma inny gust i powinien o nim pisac i mówić, żeby było ciekawie i róznorodnie :) Bardzo doceniam to, że o tym napisałaś. Zawsze jak będziesz miała jakąś opinię, albo zbieżną z moją, albo krańcowo różna, pisz, chętnie poznam inne punkty widzenia (czytania) :)

  4. Rewelacyjne te paluchy, myślę, że byłby gwiazdą nie jednej imprezy :)

  5. Magda pisze:

    książka i paluchy bardzo smakowe :) trzymam kciuki za rytm bloga i życia poza blogiem :))

  6. cacaovo pisze:

    bardzo fajny cykl:) a w kwestii formalnej – czy takie paluchy formuje sie jakims specjalnym narzedziem i czy konieczne jest pieczenie na takich formach jak do bagietek?
    a i z czym podajesz? :)

  7. Kuchareczka pisze:

    Madziu – dziękuję, Twoje kciuki się bardzo przydadzą :)
    Cacaovo – formuję rękami. Nie są potrzebne bagietkowe foremki, tym bardziej, że paluchy nie są szerokie – mają być cienkie :) Ja część zjadłam sama, część umaziałam w sosie czosnkowym (na zdjęciu już tego nie uchwyciłam). Możesz tez zrobic do nich salsę albo posmarować cienko pesto.

  8. lutka40 pisze:

    Tani romans ostatni raz czytałam w wieku 15 lat i powiem szczerze ,że jeżeli cokolwiek ma w tytule lub treści coś o Italii nawet gniot jestem gotowa przeczytać ,przegryzając takim paluchem
    Świetna recenzja ,która kolejny raz zachęciła mnie do przeczytania książki .Dzięki

  9. high contrast pisze:

    Witam,
    Twoje recenzje są szczere i fajnie się je czyta. Właśnie mam ochot na jakąś fajną lekką i przyjemną książkę. Dom w Italii według tego co piszesz może być dobrą rozrywką i zapewne sięgnę po tę książkę w najbliższym czasie.
    pozdrawiam
    Agnieszka

Skomentuj


6 + = 12