Konkurs filmowy. Z miłością i wpadką w tle.

Pamiętacie konkurs filmowy Jestem Miłością?

Film niedawno wyszedł na DVD, a Gutek Film ufundował parę sztuk. Co trzeba zrobić? Przypomnieć sobie waszą największą wpadkę kulinarną związaną z przygotowywaniem czegoś specjalnie dla drugiej osoby i napisać to w komentarzu pod tym wpisem. Może się okazać, że niebieska zupa Bridget Jones to pikuś.

Na wasze śmieszne historie czekam do soboty 12 marca (do 23.59) A więc tydzień. Po tym czasie wybiorę 3 osoby, do których powędruje film Jestem miłością na DVD.



Aby wziąć udział w konkursie, nie trzeba prowadzić bloga kulinarnego – ale wtedy zostaw w komentarzu namiar na siebie (np. maila). Bardzo proszę, żeby wpisując się anonimowo zostawiać swojego maila na końcu komentarza – to ważne, bo nie będę się z wami mogła później skontaktować, a to jest warunkiem wygranej.


Po opublikowaniu wyników poproszę laureatów mailowo o adres do wysyłki, który zostanie przekazany firmie Gutek Film, która odpowiada za wysłanie nagród.

Dla formalności, skrócony regulamin konkursu dostępny jest tutaj.
Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. aa pisze:

    ps. zapomnniałam dodać, miejsce klopsików z dumą zająl budyń czekoladowy i paluszki :D

  2. Kuchareczka pisze:

    Karolina – tak! Surowe pączki górą :D

  3. Ania pisze:

    Mój dziadek zwykł mawiać, że jak coś jest mocno posolone to znaczy, że kucharka jest zakochana. Ja wcale nie tak dawno robiłam drożdżówki z serem i pomyliłam sól z cukrem. Wyszły. Ślicznie wyglądały, pachniało w całym domu. Nadzienie serowe pyszniło się ślicznym oczkiem w środku drożdżówek. Zaparzyliśmy sobie do nich dobrą herbatkę. Ciężki był czas oczekiwania na to aż się ostudzą… Spróbowałam jako pierwsza i wierzyć mi się nie chciało…potem spróbował mąż…widok wyrazu jego oczu zapamiętam do końca życia:) Coś jakby zdziwienie i konsternacja:) Synkowi odradzaliśmy, ale był dzielny i też spróbował:) A potem pożegnaliśmy śliczne drożdżóweczki machając im na pożegnanie kiedy znikały w koszu i zabrałam się za robienie następnych:)

  4. Alina pisze:

    Moje wpadki kulinarne zazwyczaj mają wiele do czynienia z pieczeniem chleba. Gdy mama słyszy o tym, że chcę spróbować upiec kolejny, łapie się za głowę, jest przerażona, a ja muszę to robić w tajemnicy, gdy jej nie ma w domu ;).

    Chleb – albo nie wyrasta i takie coś małe i płaskie powstaje, co jeszcze się daje zjeść, ale nie ta sama radość ;). Albo zaś wyrasta, jednak wychodzi z tego jeden wielki nieupieczony zakalec, który nadaje się jedynie do spróbowania i jedynie na ciepło ;). A w najgorszym wypadku – małe, twarde, skamieniałe, które z powodzeniem mogłoby zastąpić cegłę przy budowaniu domu ;).

    Ostatnio również nie dopiekam ciasteczek. Znaczy ja uważam, że są dopieczone. Mama coś wręcz przeciwnego ;). Z ciasta marchewkowego wyszedł mi zakalec, a makaroniki… szkoda nawet mówić.

    Jestem ogólnym kulinarnym beztalenciem, które wymaga pocieszenia :D.

  5. Anonymous pisze:

    Kiedy miałam osiem lat, bardzo chciałam iść z mamą na zakupy, kiedy ona, po całym dniu pracy, wróci do domu. Niestety…wiedziałam, że zanim zrobi obiad i zanim go zjemy będzie już za późno na wyjście gdziekolwiek i z zakupów nici.;)
    Postanowiłam więc zrobić sama obiad, bo wtedy zaoszczędzimy trochę czasu.Wzięłam książkę kucharską (oczywiście, moje zdolności kulinarne ograniczały się do robienia budyniu i to jeszcze z pomocą przepisu na etykietce:D) i wyszukałam jakiś najprostszy przepis – na NALEŚNIKI.
    Według receptury zrobiłam ciasto, wniebowzięta, że przypominało wyglądem, zapachem i gęstością to, które przyrządzała mama. Wyjęłam patelnię, oliwę i te sprawy…I zaczęło się najgorsze.
    Pierwszy raz coś smażyłam! Ciasto nie chciało się odwrócić na drugą stronę… Za nim się obejrzałam naleśnik był cały porozrywany! W przypływie paniki przypomniało mi się jak tata mieszał leczo, wiec robiłam to samo z moim „naleśnikiem”!
    Po paru minutach, kiedy kawałki były zarumienione postawiłam patelnię na stole, by wyjąć talerz. Następnie podniosłam ją i z przerażeniem stwierdziłam, że w nowej ceracie mamy jest wielka dziura! „Jezu, gdzie się podziała cerata?!” – oczywiście przykleiła się do gorącej patelni!
    Tak się skończyła moja pierwsza obiadowa przygoda, a kiedy mama w końcu przyszła wybuchnęła śmiechem i próbowała opanować moje napady płaczu.:D

    Pozdrawiam,
    Jusia (Samsoon2@wp.pl):)

    PS
    „Merde!…” to naprawdę świetne książki. Sikałam ze śmiechu.:D Dzięki za lekturowe propozycje!;)

  6. ilka_86 pisze:

    To było na początku mojej przygody z gotowaniem…
    Jako nastolatka pewnego wakacyjnego dnia postanowiłam, że przygotuję obiad dla rodziców:) Chciałam sprawić im niespodziankę i pokazać, że ‚potrafię’.
    Z kolorowej gazety wybrałam Chłodnik z botwinką. Wyszedł pięknie różowy, z akcentem zieleni ziół i żółci jajek, jednak okazał się niejadalny! Wszystko robiłam ściśle według przepisu, jednak nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować owego cuda. Gdy rodzice wrócili z pracy, nalałam każdemu pełen talerz ‚Kolorowej zupki’. Tato zjadł łyżkę chłodnika i rzekł – Córko, nie gotuj już więcej zup;)
    Tak bardzo zraziłam się do tej frakcji pływającej, że dopiero od niedawna gotuję zupki;)

    Pozdrawiam Cię Asiu i miłej niedzieli życzę;* buźka

  7. Ola pisze:

    A i jeszcze hit; zaprosiłam na pierwszy obiad mojego chłopaka-teraz męża; zrobiłam m.in. brokuły polane bułką tartą; okazało się że były w różyczkach robaki:/ tylko on je znalazł i zamiast powiedzieć, to przykrywał je dużą ilością zasmażki; nota bene spalonej lekko; sprawa wyszła po latach ale do dziś się śmiejemy;

  8. glizdologia pisze:

    Ja kiedyś chciałam zrobić gulasz na obiad :) Żadnej sensacji nie było w kuchni: mięso się żuło ok.2 minuty przed połknięciem, a sos był tak zagęszczony, że widelec mógł stać. Pamiętam, że wtedy usłyszałam: „Nooooooo… smaczny dość. Ale może nie rób narazie gulaszu” ;-) Ale kieeeedy to było :)
    A z bezmyślnych sytuacji w kuchni pamiętam jak przebiłam gorącą puszkę mleka zagęszczonego (wtedy już karmelu) i ów karmel w ilości ok. 1/2 łyżeczki wystrzelił pod sufit a potem spadł mi na ramię – oczywiście poparzył mnie. Więc nie polecam bezmyślności ;)
    sticzusia@gmail.com

  9. Ania pisze:

    Przypominają mi się dwie wpadki. Jedna gdy pierwszy raz gotowałam pierogi z mrożonki dla taty, a miałam wtedy z 10 lat. Owszem, przeczytałam na opakowaniu czas gotowania, ale nie zauważyłam, że liczyć należy od wypłynięcia :0 Wyciągnęłam, polałam śmietaną … Oczywiście były surowe…
    Druga, gdy byłam już nastolatką. Lubiłam od czasu do czasu coś ugotować czy upiec. Moją specjalnością były leniwe i pizza. Więc zaprosiłam mojego chłopaka na pizzę. To była dopiero jego druga wizyta u mnie, więc byłam strasznie przejęta. No i pizza, która zawsze wychodziła, tym razem oczywiście była kulinarnym samobójem. Twarda jak podeszwa, przypalona… Moja rodzinka zjadła farsz, ale mój miły przełknął wszystko… Zaimponował mi. Ja jemu raczej nie, ale i tak potem się pobraliśmy. To było kilka lat temu.
    am.art@wp.pl

  10. Hordubal pisze:

    Wtedy byłam jeszcze małą dziewczynką,no może nie taką małą.Potrafiłam robić już naleśniki i placki ziemniaczane,więc poprosiłam mamę,żebym mogła w końcu zrobić coś sama.Mój wybór padł na ptysie.:)Wszystko zapowiadało się dobrze,ale…krem ptysiowy przypalił mi się do garnka.A zamiast wlać do kremu 2/3 szklanki mleka,to ja jako słaba matematyczka zrozumiałam to trochę inaczej,czyli wlej do kremu 2 albo 3 szklanki mleka.Niestety ptysiów nie udało się uratować.A tak chciałam zrobić coś sama :).Pozdrawiam serdecznie uam20@wp.pl

Skomentuj


+ 8 = 13