Konkurs filmowy. Z miłością i wpadką w tle.

Pamiętacie konkurs filmowy Jestem Miłością?

Film niedawno wyszedł na DVD, a Gutek Film ufundował parę sztuk. Co trzeba zrobić? Przypomnieć sobie waszą największą wpadkę kulinarną związaną z przygotowywaniem czegoś specjalnie dla drugiej osoby i napisać to w komentarzu pod tym wpisem. Może się okazać, że niebieska zupa Bridget Jones to pikuś.

Na wasze śmieszne historie czekam do soboty 12 marca (do 23.59) A więc tydzień. Po tym czasie wybiorę 3 osoby, do których powędruje film Jestem miłością na DVD.



Aby wziąć udział w konkursie, nie trzeba prowadzić bloga kulinarnego – ale wtedy zostaw w komentarzu namiar na siebie (np. maila). Bardzo proszę, żeby wpisując się anonimowo zostawiać swojego maila na końcu komentarza – to ważne, bo nie będę się z wami mogła później skontaktować, a to jest warunkiem wygranej.


Po opublikowaniu wyników poproszę laureatów mailowo o adres do wysyłki, który zostanie przekazany firmie Gutek Film, która odpowiada za wysłanie nagród.

Dla formalności, skrócony regulamin konkursu dostępny jest tutaj.
Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Aleksandra pisze:

    Dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam zaprzyjaźniona z przestrzenią kuchenną postanowiłam zaserwować Mamie obiad pt.”mrożone pierogi z serem prosto z zamrażarki sklepowej” ;-) nie zwracając uwagi, że kupiłam pierogi ruskie (a raczej chyba myśląc, że ruskie to po prostu pierogi z serem) – polałam je truskawkowym koktajlo/sosem ;-)
    Następna wpadka jaką pamiętam to dodanie do ciasta na paluchy chlebowe 30g soli!!! zamiast 3g…nie muszę chyba dodawać, iż całość wylądowała niestety w koszu :-(

    Pozdrawiam
    Ola (aadam77@gmail.com)

  2. Anonymous pisze:

    Jakiś czas temu przebywając w obcym kraju zaprosiłam na deser świeżo poznanych rodaków.
    Miałam dług wdzięczności wobec tych 2 osób więc bardzo chciałam im podziękować.. zgodzili się przyjąć zaproszenie na pyszny deser i kawę.
    Postanowiłam przygotować bread&butter pudding i przepyszną tartę czekoladową.
    Tarta miała być gwoździem programu. Specjalnie na nią przywiozłam składniki z wycieczki do Londynu
    i włożyłam sporo pracy w jej przygotowanie.
    Goście przyszli wcześniej więc zaczęliśmy od puddingu. W międzyczasie wystawiłam tartę, która wyglądała rewelacyjnie na okienko w spiżarni, żeby miała szansę przestygnąć.
    Widok i zapach mojego dzieła naprawdę zrobił niezłe wrażenie co cieszyło mnie ogromnie!
    Niestety tym razem potrawa nie dotarła na stół.
    Z przejęcia i ekscytacji tak zamaszyście otwarłam okienko, że tarta wylądowała za nim.
    Nie było mi do śmiechu kiedy z zaproszonymi gośćmi staliśmy na dworze i przy sporym minusie
    wycieralismy szmatkami elewację budynku z czekolady ale po latach uśmiecham się na to wspomnienie.

    Pozdrawiam! kasiabananowa@gmail.com

  3. Pluskotka pisze:

    Ja się bardzo pilnowałam i zdarzyła mi się jedna taka głupia historia.
    Robiłyśmy z mamą leczo i w pewnym momencie kazała mi je posolić. W solniczce na moje oko nie było dużo soli, więc zapytałam:
    - Wszystko?
    - Tak, wszystko. No a jak, pół? – odparła mama.
    Więc zaczęłam z radością kołować solniczką nad patelnią, aż mama krzyknęła, co ja robię. Potem się okazało, że mama myślała o leczo, a ja o soli.

  4. Podkarpatka pisze:

    Moja największa kuchenna wpadka zdarzyła mi się … z okazji moich 30 urodzin. Cały ten dzień był po prostu straszny,wyjątkowo zabiegany, nie miałam nawet czasu na kawę z M. Dopiero wieczorem znalazłam czas, żeby upiec biszkopt na tort. Następnego dnia zabrałam ciasto do rodziców, tam miałam ubić bitą śmietanę i dodać mus malinowy, który przygotowała moja Mama. Pech chciał, że był to dzień wolny od pracy. Problemy zaczęły sie już przy ubijaniu śmietany, zapomniałam kupić śmietan-fix i pierwszy raz w życiu śmietana mi się zwarzyła. Podłamałam się, bo więcej śmietany już nie miałam, a sklepy tego dnia były zamknięte. Kiedy poszłam się zastanowić co robić (goście mieli przyjść za godzinę), Mama wyjęła swój słynny, niezawodny, malinowy mus. Okazało się, że coś poszło nie tak i mus jest zbyt płynny. Nie chciała mnie jeszcze bardziej denerwować więc cichcem dodała do niego mąki zimniaczanej… Ostatecznie zasiedliśmy przed tortem – biszkoptem z musem malinowym (smietana nie nadawała się do niczego). Już po pierwszym kęsie było wiadomo, że jest to najgorsze ciasto na świecie…mąka ziemniaczana zgrzytała w zębach. Taka wpadka we własne urodziny :(

  5. Podkarpatka pisze:

    Zapomniałam o e-mailu kasiamisz@gazeta.pl. Pozdrawiam :)

  6. kasiexa pisze:

    może jeszcze zdążę do godziny zero, zero, jest właściwe przygoda kulinarna i historia mojego męża, któremu mama zostawiała zadanie bojowe wychodząc do pracy by sos do gołąbków znajdujących się na kuchni zagęścił śmietaną rozmieszaną z mąką. dokładne proporcje ilości łyżek mąki i śmietany były spisane na kartce , teraz to wszystko należy starannie wymieszać i równie pieczołowicie dodać do cudnie pachnących gołąbków a cały splendor kulinarny przejdzie na wykańczającego potrawę. Tylko dlaczego na boga ten sos muślinowy tak chrzęści w zębach!A na blacie kuchennym stoi szara torebka z napisem GIPS BUDOWLANY, skąd to się wzięło u licha w szafce z mąką? Nic to tutaj można się posiłkować stara zasada babci że jak w kuchni coś nie wyjdzie ..to tak po prostu musiało być i nie ma się czym przejmować!

  7. Anna pisze:

    Zbliżała się pierwsza rocznica bycia z moją drugą połówką. Bardzo długo zastanawiałam się co mogę przygotować na tą okazję. Wpadłam na genialny pomysł – ugotuję coś pysznego i upiekę coś słodkiego. Z gotowaniem poradziłam sobie całkiem całkiem – przygotowałam spaghetti napolitano (było trochę zbyt pomidorowej, ale dało radę je zjeść). Gorzej wyszło mi „pieczenie”. Jak to bywa, kiedy umówisz się z chłopakiem – robisz wszystko naraz, malujesz oczy, prostujesz włosy, wybierasz coś dobrego i słodkiego do przygotowania, itp. Tak też było i tym razem. Zdecydowałam się wreszcie co zrobię – racuszki z zapiekanymi ananasami (robi się szybko i dość sprawnie, tylko trzeba wlewać ciasto szybko i szybko przewracać, bo inaczej się spalą). Okazało się, że nie przewracałam ich dostatecznie szybko. Zadymiłam całą kuchnię (dodam, że mieszkam w akademiku, więc cały korytarz był z dymie), spaliłam połowę racuszków i przesiąknęłam tą spalenizną (wyszykowana już na przyjście chłopaka). I w takim opłakanym stanie zastał mnie też i chłopak w kuchni. Okazał się bardzo wyrozumiały i kochany, bo jadł racuszki i nawet zachwalał. A jak się dowiedziałam później, po jakimś czasie – nie cierpi ananasów. Także moja porażka leżała w sumie w źle zbriefowanym gościu:) Ale już nauczyłam się, że ananasy w moje kuchni są nu, nu:)
    Koniec.

Skomentuj


5 − = 4