Kiedy zaczyna się jesień?

Zawsze przegapiam ten dzień, to w tym roku zapisałam sobie go wielkimi literami na kalendarzu, strzeliłam komentarz, żeby nie zapomnieć i domalowałam wielki czerwony wykrzyknik, który nieestetycznie wyjechał mi na kratkę obok. Cóż zrobić, jesień. Jak się zastanowić, jesień nie jest taka zła (jak już naprawdę nie ma wyjścia to trzeba sobie chociaż poracjonalizować, że to wcale nie źle, że lato wypina się tyłem i odchodzi w siną dal). Można nosić kalosze (jak pada). Można zbierać kolorowe liście (i zrobić z nich… wachlarz?), kupić sobie sweter (zawsze jakieś zakupowe szaleństwo), wyciągnąć z szafy szalik (i przy okazji zrobić porządek w szafie, a nuż chciało się to zrobić od dawna). A jak się uprzeć, to można nawet zacząć odliczać dni do wigilii. Przypomniało mi się, jak byłam mała i wysyłałam listy do świętego mikołaja, i kiedyś, nie mogąc doczekać się tej magicznej czynności wypisywania co roku tych samych rzeczy z odpowiednim komentarzem, że w tym roku naprawdę, naprawdę bardzo cię mikołaju proszę, przynieś mi psa, bo się obrażę i za rok nie narysuję już serduszka na kopercie, to kiedyś napisałam ten list we wrześniu, tak nie mogłam się doczekać. Jakie było moje zdziwienie, kiedy list zniknął. Moja mamę musiało lekko przytkać.

Przyszła kryska na matyska (próbowałam wymyślić spersonalizowaną wersję, ale wyszło mi tylko „kreseczkę na kuchareczkę”, co jest dość idiotyczne i jakoś tak jakby mi nie brzmi). Zrobiłam Nigellę. Sięgnęłam po książkę, otwarłam, wyszukałam, znalazłam, trochę pobiłam się z myślami, a może by jednak nie robić takiej granoli?, ale ostatecznie wygrała. Czuję się trochę pokonana, ale jak jadłam granolę rano, wcale mi to nie przeszkadzało. Bo granola jest pyszna. Najlepsza jaką jadłam, sto razy lepsza od najlepszych kupnych. Bo, nie wyleczę się z tego, ja za Nigellą nie przepadam. Kilka razy się na niektórych przejechałam (patrz: risotto porowe ze śmietaną, które modroklejczo przyatakowało moją buzię i przez próbę przeżucia ostatnią rzeczą było zachwycanie się smakiem). Kilka kuchennych pomyłek zafundowałam sobie na początku i jakoś mi ręka nie sięgała w stronę książek Nigelli. Nie przepadam też za nią jako za osobistością medialną. Wolę Jamiego ;) Chociaż, trzeba przyznać, gary ma fajne (nigella, nie jamie, bo na garach jamiego się nie skupiam – jak gotując, wywija mi rękami na pół ekranu i przy tym wkłada paluchy do wszystkiego, co przygotowuje, to jestem wystarczająco zachwycona i wszędzie poza jego osobą włączają mi się martwe punkty). I własną linię akcesoriów kuchennych ma fajną. I wielki wiklinowy kosz z foremkami do wycinania ciasteczek też ma, kurczę, fajny. Och, no dobrze, ten wiklinowy kosz spodobał mi się najbardziej.

Jesienna granola

Składniki:


  • 450 g płatków owsianych
  • 50 g pestek słonecznika
  • 70 g pestek dyni
  • 70 g ziaren sezamu
  • 175 g musu jabłkowego
  • 2 łyżeczki zmielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zmielonego imbiru
  • 120 g golden syrup (złotego syropu) – jeśli go nie macie, dajcie więcej miodu
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 100 g brązowego cukru
  • 300 g całych migdałów
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki dobrego oleju słonecznikowego
  • 220 g rodzynek
  • 100 g suszonej żurawiny

Przygotowanie:

W dużej misce wymieszajcie dokładnie wszystkie składniki oprócz rodzynek i żurawin. Rozłóżcie mieszankę na blachach do pieczenia i wstawcie do piekarnika nagrzanego do 170 st. C, na mniej więcej 40 minut. W połowie pieczenia wyjmijcie granolę z piekarnika i przemieszajcie. Po ostudzeniu dorzućcie rodzynki i żurawinę (dopiero wtedy, bo w piekarniku uprażą się na kamyczki!) i przełóżcie do szczelnego słoika, obowiązkowo zamykanego. Inaczej granola wywietrzeje, smak się ulotni, a nie daj boże słodki zapach przyciągnie jakieś muszki-paskudy.

I coś ostatnio obiecanego:
Londyński poradnik cz. II
gdzie szukać kuchennych skarbów – mój subiektywny przewodnik
(klik do części pierwszej)

1. Divertimenti – największy na Bromton Road pod numerem 227-229 (na rogu ulicy). Dwupoziomowy raj z milionem pędzelków do ciasta w różnych kolorach i rozmiarach. Od małych, wściekłoróżowych silikonowych, do dużych z końskiego włosa. Wszystko poukładane na półkach, a obfitość taka, że z wrażenia można sobie przysiąść na podłodze. Formy na czekoladki, tysiąc pięćset foremek do ciasteczek, wałków do ciast (z rączką, bez rączki, z dwoma rączkami, drewniane, plastikowe, małe, duże, firmy takiej, śmakiej i owakiej) i kupa innych rzeczy. Oprócz tego regał z książkami kucharskimi. Rewelacja.
2. Harrods. No dobra, trzeba być. To jest jeden, wielki plus tego miejsca. I że ładnie świeci się w nocy. I jeszcze że taka różnorodność wszystkiego, że można dostać oczopląsu, b nie wiadomo, gdzie strzelać wzrokiem najpierw. Poza tym: drogo. Bardzo bardzo bardzo drogo. Ale zaliczyć trzeba.
3. Poundland, odszyfrowując nazwę: teren funta. Wchodzisz, pyk, przechodzisz przez bramki i jesteś między półkami, gdzie panoszy się samozwańczy król – funt. A że król zazwyczaj jest jeden, toteż każdy produkt kosztuje funta. Funt stoi po 5 zł. Blacha z ciasta makowego, dwa zestawy silikonowych foremek (łącznie 20 sztuk) do małych muffinek, blaszana forma do trochę większych muffin, pastelowe papierki do tychże – wszystko po funcie. Ja byłam na Portobello Market, ale Poundlandy rozsiane są po całym Londynie (klik na wyszukiwarkę sklepów i w okienku wpisać London).
4. Na wskroś angielski sklepik z herbatą, w dodatku PYSZNĄ herbatą. Pakowana, sypana, w puszkach, pudełeczkach, torebkach, w czym sobie wymyślisz, w tym możesz kupić. Do tego, hm, akcesoria? – no to, co z herbatą można w czymś lub czymś, zrobić: kubki, filiżanki, imbryki, czajniki, łyżek milion, sitka. Wykaz sklepów tutaj.
5. Covent Garden Market – raj dla miłośników jedzenia na wielkim targowisku ze wszystkim, co można wziąć do ust. Stoiska ze świeżymi owocami i warzywami kontrastują z owocami morza, stoiskiem z sokiem arbuzowym i tymi przypominającymi małe restauracje, w których można kupić pyszne, ciepłe jedzenie całkiem niedrogo. Poza tym Covent Garden jest ulubionym miejscem weekendowych zakupów dla wielu brytyjskich szefów kuchni (a w Londynie restauracje ma Jamie i Gordon Ramsey, Marco Pierre White i Nigella się przewija…).
6. Dochodząc na Camdem Lock Market ze stacji metra Camden Town (albo z przystanku autobusowego o tej samej nazwie), po obu stronach ulicy ciągną się małe sklepiki prowadzone zazwyczaj przez Hindusów, w których można znaleźć prawdziwe cuda za grosze. O przepraszam, pensy. A sam Camden Market to dopiero ogromniaste skupisko wszelkich rzeczy, które można sprzedać.
Czesław Miłosz, Dolina Issy (o książce pisałam tu – klik klik!)
Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Kuchareczka pisze:

    och, dzięki dziewczyny :0 plusy! alez ja kocham plusy! minusów nie nalezy zauważac, jak się chce mieć fajne życie… :)

  2. anytsujx pisze:

    Wygląda wyśmienicie, i jeszcze plus za żurawinę, którą mogłabym jadać garściami … ;)

  3. gosiaa99 pisze:

    No wlasnie! nie chce nic mowic, ale mam ochote na domowe granole od roku heh ..i zawsze mi czegos brakuje..albo zapominam :( A szkoda bo wyglada wspaniale..moze sie wrescie zmotywuje ;]

  4. Kuchareczka pisze:

    robić baby, robić swoje chrupiące płatki, bo raz, że przyjemność z własnoręcznie zrobionych, to jeszcze tysiąc razy zdrowsze niż kupna!

  5. yoganna pisze:

    Jesień się zaczęła a ja mam ciągle zimne ręce. Zjadłabym sobie miseczkę Twojej granoli z kubeczkiem dobrej gorącej herbaty:)

  6. Kuchareczka pisze:

    ja tez mam piekielnie zimne ręce! :)
    Ale to akurat się wiąże z tym, że mam zespół, no masz, nie pamiętam jak to się fachowo nazywa, ale poszłam kiedyś z tymi zimnymi palcami do lekarza i jak mi strzelił nazwą, to potem sprawdzałam w internecie co to jest, serio :D To ma fachową nazwę medyczną i z 1/4 ludzi na to cierpi. Jak tylko dogmeram się nazwy, to się tu pochwalę moim zespołem zimnych łap :)

  7. monika pisze:

    Takie przewodniki to ja lubię! Super Kuchareczko, wielkie dzięki :)
    I za pokazanie plusów jesieni też, bo ja wielka maruda pogodowa jestem.. :)))

  8. Anonymous pisze:

    zespół Raynauda

Skomentuj


− 1 = 8