Dlaczego wegetarianizm jest fajny, a ja zaczęłam jeść mięso?

Przez osiem lat słyszałam ciagłe: „Ale dlaczego nie jesz mięsa?!”. Kiedy na nowo zaczęłam je jeść, słyszę: „Jesz mięso? No wiesz co, jak możesz?!”. Pierwsze padało z ust wszystkożerców, drugie – wegetarian. Odpowiedź na oba jest taka sama: „bo chcę”. 

f3374819fd4e11bf035f97e1bdac08c1Jaka cholera po kilku latach bycia zdeklarowaną wegetarianką zmusiła mnie do porzucenia bezmięsnej diety, na której nota bene było mi bardzo dobrze, i przeproszenia się z mięsem i rybami? Odpowiedź jest tak samo retoryczna, jak pytanie: żadna. Tak samo jak osiem lat temu z dnia na dzień rzuciłam schaboszczaka, kiełbasę i smalec, tak nagle w tym roku z powrotem zaczęłam je jeść.

Nigdy nie byłam wegetarianką z ideologią. Owszem, makabryczne zdjęcia zwierząt zawsze mnie odrzucały, ale chyba w tym samym stopniu, w którym odrzucają każdego, niezależnie od tego, czy je mięso, czy nie. Nie przechodziłam na wegetarianizm z powodów religijnych ani ekologicznych. Za moją decyzją nie stała żadna idea. Nigdy nie wymachiwałam transparentami z wymalowanym czerwoną farbą napisem, że „Nie jem swoich przyjaciół”. Nie roznosiłam ulotek z proekologicznymi cytatami, nie interesowałam się, jaki aktor/aktorka jest na bezmięsnej diecie i nie miałam nic przeciwko temu, żeby ktoś w mojej obecności jadł mięso. Gdy dostawałam mięsny posiłek, nie miałam problemu z tym, żeby wydziubać na bok mięso i zjeść całą resztę albo gdy miałam na to ochotę, rzucić się na świateczny bigos,  racząc D. kawałkami kiełbasy.

Żeby nie było: wegetarianizm jest fajny. To dzięki niemu przeprosiłam się z warzywami i z niejadka stałam się jadkiem. To właśnie osiem lat temu zaczęłam interesować się kuchnią i dobrym jedzeniem. Odważyłam się eksperymentować i próbować nowych potraw. Wyrobiłam sobie smaki i poszerzyłam kulinarne horyzonty. Kiedy na weselach wszyscy dostawali standardowe zestawy obiadowe, podśmiewali się ze mnie, że muszę czekać na swoje frytki z sałatą. A potem patrzyłam, z jakim wysiłkiem powstrzymują się, żeby nie wyjadać mi z talerza, bo w 9 na 10 przypadków miałam smaczniejsze i ładniejsze danie od nich.

Dlaczego nie jadłam mięsa? Bo mi nie smakowało. Dlaczego jem? Bo mi smakuje. Proste.

560d29b0cd1a81a30aeb2a529eb6206eAle pojawił się problem. Wszystko fajnie, tylko że ja po tych kilku latach przecież kompletnie nie znałam się na mięsie. Pierwszy miesiąc był trudny i cudowny jednocześnie: próbowałam miliona nowych rzeczy, ale nie miałam pojęcia, czy jest dobrze, czy może kiepsko przyrządzone. Idąc do restauracji, w pierwszej kolejności odruchowo rozglądałam się za daniami jarskimi. Nie miałam żadnych standardów. Co gorsza, sama nie umiałam nic zrobić. Mój pierwszy kurczak był wściekłopomarańczowy od nadmiaru przypraw i smakował jak tektura. Dziewiczy stek był twardy jak kamień i jednocześnie gumowy jak stara podeszwa. Nie wspominając już o tym, jak dzielnie próbowałam zachować fason idąc do mięsnego, choć ni w ząb nie rozumiałam, co mówi do mnie pani za ladą. Pierś z kurczaka: podwójna, pojedyncza? A to jest jakaś różnica? Na pytanie czy oczyścić polędwicę robiłam wielkie oczy i zastanawiałam się, czy jest też opcja „polędwica zabrudzona”. Zapytana przez kelnerkę w smażalni, czy chcę filet, czy tuszę, głupiałam. Tuszę? To od jakiegoś tuszu? Mój pierwszy garnek rosołu wylądował – wybaczcie dosadność, ale tak było – w kiblu. Tylko D. pocieszał mnie, że jak na pierwszy raz jest nieźle, a kiedy nie patrzyłam, ukradkiem sypał do talerza tonę pieprzu, soli i magi, żeby tylko zabić jego smak.

A potem wreszcie coś ruszyło i… poszło! Zamiast wchodzić w temat stopniowo, od razu rzuciłam sie na głęboką wodę. Na warsztatach na Konfederackiej 4 wyrwałam się do patroszenia ryb. Bartek (kucharz) patrzył ze zgrozą, jak połowa ryby lądowała w koszu. Łuski fruwały w powietrzu, a ja z niezmordowaną miną wywijałam nożem. Jedna, druga, piąta, ósma. W domu dziesiąta, piętnasta, dwudziesta. Aż w końcu załapałam i czasy kurczaka z tektury odeszły w niepamięć.

Choć nad rosołem nadal pracuję. Kwestia czasu. Jeszcze ze trzydzieści garnków i może w końcu wyjdzie mi przyzwoity.

micho źródło zdjęcia: meerkat21.wordpress.com

Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Magda K-ska pisze:

    No i właśnie, takie podejście mi się podoba. Są tacy, którzy lubią jarskie dania, tacy którzy kochają mięcho. U nas jemy świnki i krówki, w Chinach podobno psy, już nie mówiąc o świnkach morskich, które są przysmakiem w Peru i co? My nie tknęlibyśmy świnki morskiej, a ktoś inny może nie tknąć krówki. Wszystko jest dla ludzi, a żadna przesada nie jest zdrowa. Nie jestem wegetarianką, nigdy nie byłam i zapewne nigdy nie będę. I chociaż zdecydowanie wolę makarony, ryże i warzywa, zwłaszcza szpinak oraz potrawy mączne to mięso też mi jest od czasu do czasu potrzebne, w postaci plasterka szynki czy dobrego tłustego i niezdrowego hamburgera. I dlaczego ktoś ma nazywać mnie morderczynią za to, że jem mięso? Lubię i jem, ktoś nie chce jeść, nie będę go zmuszać, bo rozumiem jego przekonania, ale to nie znaczy, że muszę się do nich stosować. Natomiast miło byłoby gdyby wegetarianie rozumieli ludzi mięsożernych, a niestety większość jaroszów krytykuje takie osoby.

    • Asia pisze:

      Magda, pamiętam gdy byłam jeszcze vege, że właśnie jarosze wyzłośliwiali się na mięsożerców. Strasznie mnie to denerwowało wtedy i do tej pory denerwuje. Może napiszę i o tym?

      • Ana pisze:

        Napisz! Jestem ciekawa Twojego zdania, znasz przecież doskonale oba światy. Jestem, a przynajmniej staram się być tolerancyjna. Sama jem mięso, jednak od kiedy poszłam na studia, moja dieta zmieniła się w co najmniej 3/4 na bezmięsną. Nie cierpiałam nigdy z tego powodu, uwielbiałam od czasu do czasu zjeść obiad w Green Wayu, ale za to u mamusi lubiłam, lubię i lubić będę wgryzanie się w cielęcinkę czy kurczaczka :) Rozumiem więc doskonale, że ktoś może nie lubić/nie chcieć czegoś jeść – tak jak ja nie przepadam za wieloma – dla innych – smakołykami. Natomiast nigdy nie zrozumiem wzajemnej nienawiści, propagandy, bezmyślnego powtarzania utartych sloganów za swoimi guru bez sprawdzenia, czy tak właściwie jest w rzeczywistości. To straszne, dlaczego ludzie chcąc przekonać siebie, że wybrali właściwą drogę, muszą oponentów zrównać z ziemią…

  2. sensno pisze:

    Tak tak, znam to z życia codziennego. Mój współlokator, który jednocześnie jest moją miłością i ojcem naszego dziecka, też przez lata był wegetarianinem. Nieraz słyszałam pytania osób chociażby z mojej rodziny „czemu nie jesz mięsa?”.

    Kilka razy przeszło mi przez myśl, żeby podpowiedzieć mu, żeby na takie pytania odpowiadał „A czemu Ty żresz tyle słodyczy i jesteś taka gruba?” – bo pytania zadawały zazwyczaj grube ciotki z nadwagą.

    Tłumaczenie się z tego co się je jest moim zdaniem głupotą i właśnie odpowiedź „bo chcę” jest najwłaściwszą.

    p.s: ja natomiast wczoraj się zastanawiałam na czym się rosół gotuje -_^ tak to jest jak się z domu wyprowadza dopiero w wieku 23 lat.

  3. zemfiroczka pisze:

    Po 10 latach niejedzenia mięsa (oprócz ryb) wróciłam do diety tradycyjnej. Ale po 4 latach od tego powrotu znowu skłaniam się w stronę roślin. I podobnie, jak wcześniej i jak to było u Ciebie – są to powody pozbawione ideologicznej otoczki. Wybieram dla siebie to, co akurat w danej chwili uważam za najlepsze :)

    Pozdrawiam

  4. Ewa pisze:

    Mało jest tak drażniących rzeczy na świecie, jak rozsiewanie swojej talerzowej ideologii i psucie humoru innym jedzącym przez przekonywanie do swoich racji – nieważne, mięsnych czy bezmięsnych. To dobrze, że są ludzie, którzy starają się nagłaśniać okrutne traktowanie zwierząt, ale co innego konkretna działalność, a co innego zmuszanie znajomych do tłumaczenia się, dlaczego jedzą to, co jedzą.

  5. Agata O. pisze:

    A ja się zastanawiam nad niejedzeniem miesiąca, z wielu powodów. Notka bardzo mi się podoba – zdrowe podejście, bez kokieterii. Polecam steki i indyka! :)

  6. Kobiecemysli pisze:

    I najfajniejsze jest to, że jedząc mięso nie trzeba rezygnować z warzyw:P a wegetarianizm wydaje mi sie lekko przereklamowany, bo najwazniejsze to jeść to co nam smakuje i jeść to z „głową” !:)
    pozdrawiam ciepło

  7. REMY pisze:

    Bardzo fajne przemyślenia! Z przyjemnością je przeczytałem, bo nie ma w nich tego zadęcia, jak ktoś odwraca sobie wszystko o 180st i koniecznie uważa, że zainteresuje tym cały świat. Ja akurat jestem na etapie przechodzenia na nie-jedzenie miesa, bo czuję, że ewidentnie mi szkodzi. Wsłuchałem się w reakcje mojego organizmu i po prostu tak mam. Czy będę jadł sery i jajka nie wiem. Zobaczymy… Natomiast ubawiłem się Twoim problemem ze zrobieniem rosołu. Akurat pochodzę z domu, gdzie nic innego jako bazę innych zup się nie gotuje od wieków i dla mnie (a kucharz ze mnie żaden) to najprostsza zupa na świecie :-). Pozwolisz, że „opiszę” Ci jak to zrobić:
    - rosół musi być esencjonalny – czyli garnek taki, aby połowę wypełniało mięso
    - mięso: zawsze dajemy takie, które ma kości; może być porcja rosołowa z kurczaka, ale wg mnie lepiej wrzucić np. dwa udka i do tego:
    a) wołowinę z kością – jeśli chcemy, aby wywar był ciemniejszy i bardziej wyrazisty w smaku
    b) indyk (np. golonka) – wywar będzie jasniejszy, ale też mdły.
    Mięso z rosołu jest gotowcem do zrobienia nastepnego obiadu, więc nie ma sensu kupić „porcji rosołowej” z kurczaka, bo do niczego potem sie tego nie wykorzysta
    - mięso myjesz, wrzucasz do gara i doprowadzasz wodę do ok 95st (nie wolno rosołu nawet na chwilę zagotować). Jak będzie dochodził do punktu wrzenia pojawią się tzw, szumy – ściete białko w formie piany, którą trzeba zbierać cały czas uważając, żeby się nie zagotował – inaczej zmętnieje
    - po jakichś 20 min zbierania szumów wrzucamy włoszczyznę – kilka marchewek (ona powoduje, że rosół jest słodki), por, seler, pietruszka. Nigdy pierzu, ziela angielskiego czy liścia laurowego – to psuje smak
    - ustawiamy palnik na minimum tak, aby rosół „pykał” – pojedyncze bąbelki powietrza; czas : 2h
    - doprawiamy go trochę wegetą – ale nie za duzo; potem zawsze można doprawić pod siebie
    I tyle… potem na ochłodzenie gdzieś do zimnego – jak wystygnie zbieramy tłuszcz z wierzchu i go do kosza

    Można to trochę zmodyfikować: dodać 1 listek lubczyku – bardzo intensywnie przechodzi smak tym zapachem; albo wrzucić cebulę opaloną nad gazem… ale to może potem :-)

  8. dusiaduska pisze:

    Witajcie!
    Zauważyłam, że każda z was ma duży staż w byciu wegetariankami. Ja nie jem mięsa (czasami jem ryby) dopiero od maja 2013 roku, czyli około 9 msc. Mama i tata nie są z tego faktu zadowoleni. Mówią, że przynajmniej raz dziennie powinnam zjeść mięso. Mówią także, że mam zaledwie 14 lat i potrzebuje do prawidłowego rozwoju. Nie chce znowu wrócić do mięsnej diety, a raz w roku mieć „mięsny dzień” czyli jeść mięso tylko w jeden dzień w roku. Ale nie wiem czy po zjedzeniu mięsa nie będę miała do siebie jakiegoś żalu. Jak uważacie czy mogłabym raz w roku zjeść mięso i nadal być wegetarianka?

    • Asia pisze:

      Przede wszystkim uważam, że w pierwszej koejności powinnaś iść do lokarza rodzinnego, który powie Ci, co jest dla Ciebie dobre, doradzi, co jeść zamiast mięsa, będzie monitorował Twoje wyniki krwi. Ja tak zrobiłam jak przechodziłam na wegetarianizm i uważam, że dzięki temu wszystko było zdrowe, rozsądne i zrobione bez ryzyka zdrowotnego. Nie można wywalić sobie z diety z dnia na dzień mięsa i jednocześnie nie poczynić zmian w dotychczasowej diecie. To naturalne, że Twoi rodzice się o Ciebie martwią. Tym bardziej odradzam udanie sie do lekarza, żeby wsystko na spokojnie przedyskutować i skonsultować :-)

      „Jak uważacie czy mogłabym raz w roku zjeść mięso i nadal być wegetarianka?” – to chyba kwestia Twojego dobrego samopoczucia i tego, jak Ty to odbierasz. Jeśli czujesz sie z tym dobrze, to myślę, że ok, jeśli nie, to też będziesz wiedzieć, jak Ci to zacznie przeszkadzać. W tej sprawie radzenie sie innych nic nie da, bo to Twoja decyzja, nikt nie zadecyduje za Ciebie.

  9. Puella pisze:

    Ciężko jest się przestawić z jednego na drugie, jeśli w warzywach siedziało się większość czasu. Ja mięsa nie lubiłam od dziecka, dopiero od jakiegoś roku, może trochę dłużej zaczęłam oswajać się z mięsem. Jest dokładnie tak jak napisałaś. Chcę je jeść, mam na nie ochotę, ale nie wiem co mi zasmakuje i jak to powinno wyglądać. Na razie błądzę, jak już staram się jeść mięso przy ludziach, którzy potrafią powiedzieć mi co jest dobre. Z jednej strony bycie jaroszem ma swoje zalety, gdy moje rodzeństwo wybrzydzało przy jedzeniu, ja jadłam wszystkie warzywa ze smakiem, ale z drugiej strony traci się pewien zmysł. Gdy od dziecka jest się zaprzyjaźnionym z mięsem, każdy kolejny etap przychodzi naturalnie, jeśli było się jaroszem, zmiana przychodzi nagle i wszystkiego trzeba uczyć się od początku. Na przykład jako dziecko nie jadłam mięsa, więc i noża do jedzenia nie potrzebowałam, nikt nie kwapił się mnie nauczyć tej sztuki, a mi nie było to niezbędne do życia. Dopiero teraz zaczynam z mozołem posługiwać się prawidłowo nożem i widelcem. Żałuję, że moi rodzice nie przymusili mnie jeść brokułów tymi sztućcami, ale przynajmniej mogę powiedzieć, że jem wszystko.

    • Asia pisze:

      Puella, myślę, że wszystko na luzie. Jedzenie sztucćami – spokojnie, przyjdzie. Najważniejsze, żebyś to Ty wybierała dla siebie to, co jest dobre i jadła tak, jak Ci to służy. Takie moje zdanie :)

  10. Ola pisze:

    Wszystkich niezdecydowanych, czy zostać weganem, czy nie. Zapraszam gorąco do obejrzenia filmu „Earthlings”, jest na Youtube.
    Właśnie ten film wpłynął na mnie do tego stopnia, że postanowiłam przestać jeść mięso.

Skomentuj


4 + 5 =