Apple?

Czas zatrzymał w miejscu. 
Tak się dookoła zrobiło refleksyjnie, w tym całym biegu dnia powszedniego, romantycznie wręcz… A poważnie, zegarek mi stanął. Mam taki nakręcany dzyndzelkiem z tyłu, którego jak się rano nie nakręci, to do wieczora nie pociągnie. I odwrotnie – jak się go wieczorem nie pomizia tam z tyłu, to rano tylko zegar w komórce ratuje. Nakręcany cyferblat jest z tych oldschoolowych, w których nie należy nawet wypróbowywać funkcji budzika. Bo drze się wniebogłosy i broń panie boże żeby go ktoś w ogóle nakręcił i przekonał się o tym rano. Nie wiem ile to może wydawać decybeli, ale pobudka jest taka, jakbyście puścili radio albo muzykę z głośników na komputerze stacjonarnym na full (laptopy o tyle wygrywają, że dźwiękiem z nich nie da się przebić bębenków – czasami zresztą ten dźwięk przebić się przez próg słyszalności w ogóle nie może, a już szczególnie jak mam prezentację z dźwiękiem i koniecznie chcę ją pokazać z dźwiękiem osobom siedzącym 3 metry od laptopa). I w tym całym zabieganiu, z nienakręconym zegarkiem, przypomniałam sobie o muffinach, o pardon, cupcakes, jeśli mam być nazwowo poprawna, technologicznych z apple.
Jabłkowe, ze znaczkiem mającym być jak Apple. Bo nadgryzione jabłko jest na monitorze, na którym montują się nasze filmy dziennikarskie, a przy których montowaniu siedzi, je i chyba prawie śpi najcierpliwsza osoba na świecie do bawienia się suwakami, obrazkami, sekwencjami czasowymi i już nie mogę wymyślić czym, bo jak mnie kiedyś zamknięto z Koko w montażowni, to przez pół godziny nie mogłyśmy wpaść jak się uruchamia program, a z kobiecej dumy i żeby nie wypaść na typowe baby, co to się na komputerze nie znają, przez dwa kwadranse wciskałyśmy wszystko po kolei. Aż w końcu zadzwoniłyśmy po informatyka, który włączył nam program dwoma kliknięciami. To się musiało tak skończyć.
A Kasia to wszystko ogarnia. Nie dość, że szczerze ją podziwiam, że się w tym nie gubi, to jeszcze klepie to wszystko na czas. W montażowni musi być jakaś dziura czasoprzestrzenna, która rozciąga czas. 

A, jeszcze coś. Zorientowałam się po przekrojeniu jednego muffinka, jakie fajne bąbelkowe wyszły. Sama się do siebie zachwyciłam budową muffinkowego korpusu, tak bardzo mi się spodobały :)
Jabłkowe cupcakes

Składniki:
muffiny:
  • 6 łyżek oleju z pestek słonecznika albo 80 g stopionego i wystudzonego masła
  • 280 g pełnoziarnistej mąki
  • 1 płaska łyżka proszku do pieczenia/sody
  • szczypta soli
  • 100 g cukru (dałam brązowy)
  • 2 jajka
  • szklanka mleka albo jogurtu naturalnego
  • jedno duże albo dwa małe jabłka, obrane i pokrojone w kostkę
krem:
  • tu dwie opcje: albo krem maślany, albo bita śmietana. Ja dałam bitą śmietanę (mały kubek śmietanki kremówki 30 albo 36%, jedna łyżeczka cukru pudru), bo kremu maślanego nie lubię (albo podaję proporcje: 100 g masła i 180 g cukru pudru)
jabłkowa dekoracja:
  • marcepan barwiony na zielono sokiem z kiwi (możesz też naturalnym zielonym barwnikiem spożywczym)
  • lub, jeśli nie masz marcepanu – zielona masa cukrowa
(część muffinek zrobiłam z jabłkami według przepisu, inne puste – tu te bezjabłkowe)
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 200 stopni C. Tradycyjnie na muffiny weź dwie miski. W jednej wymieszaj wszystko suche: mąkę, sodę albo proszek, sól i cukier plus jabłka. Do drugiej miski wlej wszystko, co mokre. A więc na początek rozmemłaj w niej lekko widelcem albo trzepaczką jajka, wlej mleko i olej albo masło. W misce z suchym zrób pośrodku dołek i wlej do niego zawartość mokrej miski. Wymieszaj drewnianą szpatułką wszystkie składniki – tylko na tyle, żeby się ze sobą połączyły, nic więcej. Nie mieszaj bardzo dokładnie.
Przekładaj masę do formy muffinkowej wyłożonej papilotkami. Powinno wyjść ci 12 dużych muffinek, a jak zostanie trochę ciasta, to upiecz druga partię. Piecz 20 minut. Odstaw do wystygnięcia – na choćby lekko ciepłe muffinki nie możesz nakładać kremu ani bitej śmietany, bo spłynie. 
Ubij bita śmietanę (najlepsza wyjdzie, jak przed ubijaniem schłodzisz ją i miskę, w której będziesz ubijać, w lodówce) albo chłodne masło z cukrem. Przełóż masę do rękawa cukierniczego albo zwykłego foliowego woreczka, w którym odetnij róg i wyciskaj na muffinkę.
Zielony marcepan lub zieloną masę cukrową rozwałkuj na ok. 2-3 mm i albo foremką (jeśli masz taką w kształcie jabłka), albo nożem wycinaj jabłka. W przypadku kremu maślanego, jeśli widzisz, że nie zastygł wystarczająco, możesz wsadzić muffiny z nim na wierzchu do lodówki na ok. godzinę lub dwie. Z bita śmietaną nie powinno być takiego problemu. Delikatnie kładź na wierzchu wycięte jabłka. I już. Muffinki można przechowywać w lodówce.

Elizabeth Gilbert, Jedz, módl się, kochaj
Nie czytajcie tej książki. Wybaczcie tak mocny początek, ale jeśli widziałyście (widzieliście) film (ja nie widziałam, ale podejrzewam, że jest sto razy lepszy niż książka) albo nawet go nie widziałyście (widzieliście) i wahacie się, czy po książkę sięgnąć czy nie – ja chciałabym usłyszeć przed otwarciem jej, żebym ją natychmiast zamknęła i wzięła się za coś innego. Wytłumaczę inaczej. Jeśli lubicie styl pisania Tokarczuk, Marqueza, Capote, Woody’ego Allena, taki trochę poplątany i z tajemnicami, to wydaje mi się, że jest wielce prawdopodobne, że styl Gilbert nie przypadnie wam do gustu. Obym się myliła, bo życzę każdemu, żeby jego książka, z której jest megadumny, rozchodziła się w milionowych nakładach. Ale jednocześnie czytania tego akurat milionowego nakładu – szczerze odradzam. Była teza, to teraz by się przydało uzasadnienie. Książka to typowy chick-lit, czyli książka pełna babskich problemów. Ja takich nie lubię, bo uważam to za bardzo stereotypowe podejście. Chick-lit, tak według definicji, to literatura pisana przez kobiety dla innych kobiet, której główną bohaterką jest dwudziesto- albo trzydziestolatka, która ma bardzo dużo: miłość, pieniądze, robi karierę i często szybko żyje. Fabuła rozpoczyna się zazwyczaj w punkcie zwrotnym życia bohaterki i żeby doprowadzić do jego zmiany na lepsze, przechodzi ona przez różne stany emocjonalne: zagubienie, zdezorientowanie, wreszcie pojawia się olśniewająca idea, która kiełkuje i z tego procesu książka kończy się zazwyczaj happy endem. Musi być co najmniej jeden wątek miłosny, a całość ma się łatwo i lekko czytać (Anglicy mają na to bardzo ładne słówko, którym definiują właśnie chick-lit: lightheartedly). Oczywiście, są świetne książki pisane schematem chick-lit. Znam ich mało, bo jestem w stanie je wymienić na palcach jednej ręki, ale znam. Jednak Jedz, módl się, kochaj mi się nie podobało wcale. Nie lubię mieć oczywistych wątków w książce i nie lubię czytać o tym, jak główna bohaterka, Liz, zmaga się sama ze swoim umysłem, prowadząc z nim dialogi, w których nie może pojąć dlaczego jest nieszczęśliwa i gdzie znaleźć szczęście, bo przecież nie może pozwolić sobie na to szczęście, ale dlaczego nie pozwala sobie na szczęście? co ją hamuje?, och, chyba to, że po prostu nie może sobie na nie pozwolić. I tak w koło Macieju. To nie typ literatury dla mnie. Przeszkodziło mi też to, że dokładnie wiedziałam, co znajdę w kolejnych częściach książki (bo książka dzieli się na jedz - Włochy, módl się - Indie i kochaj - Bali). A więc wiedziałam, że w pierwszej części będzie głównie jeść i z Włochem, którego pozwała, nie połączy jej żadna miłość. W Indiach – jak to w Indiach, będzie chodzić na jogę i rozmawiać ze swoim umysłem, próbować się relaksować. A na Bali znajdzie miłość, więc prawdopodobnie pierwszy mężczyzna, który się nią zainteresuje, będzie tym jedynym. Och, ja nie lubię takich oczywistości.
Email This Page
Print Friendly

Komentarze

  1. Kuchareczka pisze:

    Ja też jej zmęczyć nie mogłam. I cieszyłam się jak głupek, kiedy przebrnęłam.

  2. Kaś pisze:

    lubię Apple. swojego macbooka i ipoda nie oddałabym za żadne skarby :)
    mufiinki apple to moje „must do” :D no i w końcu posmakuję marcepanu, bo nigdy nie miałam przyjemności

Skomentuj


+ 3 = 4