A jednak je czytam

Tak, to jest TA półka. To o nią najczęściej padają pytania. O książki dla kobiet. A ja przecież chick-litu nie czytam.

Przynajmniej nie tego, jakiego pełno na stosach z nowościami w przeciętnej polskiej księgarni.

Na szczęście tak jak są jeszcze małe księgarnie z mądrym wyborem książek, tak i są kobiety, które piszą sensowne książki dla innych kobiet. No czyli niby chick-lit? Tylko w klasycznym rozumieniu to są łatwe, lekkie i przyjemne czytadła do przełknięcia na jedno posiedzenie na plaży, a mnie – mówiąc najprościej – to nie jara. Nie czytam z wypiekami na twarzy książek o miłości nad rozlewiskiem (którymkolwiek), o straconych szansach (chyba że wyszły spod pióra Eugenidesa), miotaniu się głównej bohaterki między pracą a mężczyzną, który by chciał i ona by chciała, ale w sumie to ona się boi, on się boi, więc oboje głupieją, ściemniają i zamiast zapytać wprost, robią podchody i zamiast odwalić wszystko jedną sensowną rozmową to ogólnie nie wiadomo o co chodzi aż do finałowej sceny pięćset stron dalej, kiedy i on, i ona (i ja) mają dość, w konsekwencji czego padają słowa: kobieto/mężczyzno, dajże mi święty spokój, bo cię nie rozumiem. Widzicie? Mogłabym pisać łzawe obyczajówki. Całość kończy się tym, że ona wypłakuje gorzkie łzy i stracone nadzieje w poduszkę z kremowej satyny, a on idzie uchlać się do baru. Żadne z nich niezrozumiane. No błagam.

Ale przecież czytam kobiece książki. I bardzo je lubię. Te wartościowe jakoś zawsze są w mniejszości, ale są – i bez problemu można je dostać.

Co na tej sławetnej półce leży?

kobiece

Regina Brett – „Bóg nigdy nie mruga”

Matko i córko, książka o Bogu. I jeszcze na liście bestsellerów Empiku! O nie. Poczekałam, aż  książka zejdzie z listy polecanych i dopiero po nią sięgnęłam. A potem już tylko kupowałam na prezenty dla wszystkich przyjaciół i znajomych królika. Bo to jest książka, która ma moc unoszenia głowy do góry, ratowania z emocjonalnych opresji i nawet nie podtrzymywania na duchu, ale wyciągania na siłę za fraki, żeby stanąć mocno na nogach. Książka, która lądowała na wszelkich możliwych listach najlepszych książek przez kilka lat w Stanach. Zbiór felietonów, które ludzie masowo wycinali sobie z gazet i książki, wtykali do portfela, wozili w schowkach swoich samochodów, podsuwali bliskim w potrzebie. Historie opisane przez kobietę, dla której życie zaplanowało hardcorową jazdę na krawędzi zamiast przyjemnej drogi usłanej płatkami róż i krzewami magnolii. Samotna matka, która przez całe życie marzyła o zostaniu pisarką i przez całe życie robiła wszystko inne tylko nie to, co chciała. Bo nie mogła sobie na to pozwolić. Bo musiała wychować córkę, walczyć z rakiem, zmagać się z samotnością.
Pokora, pokora i jeszcze raz pokora.
Plus garść wiary w dobry świat.

Cheryl Strayed – „Dzika droga” i „Małe cuda”
Najpierw była „Dzika droga”, potem „Małe cuda”. Do obu podeszłam z ogromną rezerwą, od razu wrzucając do worka „kolejna powieść o żalu, tęsknocie, momentach przełomowych plus happy end”. A potem przeczytałam, że to historia, która wydarzyła się naprawdę. A jeszcze później sama znalazłam się w momencie, kiedy stanęłam przed koniecznością pójścia własną drogą, dziką jak jasna cholera – i wtedy pomyślałam: ok, to czemu nie? To jest jedna z najodważniejszych historii, o jakich czytałam. Najdziksza, najpiękniejsza, najbardziej spójna z tym, w jaki sposób myślę. Skończyłam czytać, zamknęłam i pomyślałam sobie: świetnie, nadawałaby się na film. Pół roku później gruchnęła wiadomość, że prawa do sfilmowania książki wykupiła Reese Witherspoon. Pierwsza myśl: to będzie tragedia. Legalna blondynka bierze się za TEN film? Swoim sposobem chcialam zbojkotować film. Tylko nieopatrznie i niepotrzebnie obejrzałam trailer – trochę naburmuszona, że przekorę muszę tym razem schować do kieszeni, poszłam.
To jest jeden z piękniejszych i bardziej wartościowych filmów ever.
A książka z rozmachu wylądowała na ulubionej półce.

Alice Munro – „Kocha, lubi, szanuje…” (RECENZJA)
Dziękuję Ci Agnieszko z Wydawnictwa Literackiego, że namówiłaś mnie do mojej pierwszej Munro. I całe szczęście, że to było jeszcze przed tym, jak Munro dostała Nobla. Chociaż gdy przeczytałam „Taniec szczęśliwych cieni” czułam, że szwedzka nagroda powędruje do kanadyjskiej pisarki. Bo jej książki są jak walnięcie literackim obuchem w łeb, otwarcie oczu, to jest piękne, krytyczne pisarstwo. Z całym tym zdzieraniem masek fałszywym ludzkim zachowaniom, demaskowaniem podejrzanych bohaterów, dostrzeganiem zawikłanych relacji między ludźmi, a przede wszystkim z obnażaniem intryg i skomplikowania w małomiasteczkowym, pozornie totalnie poukładanym świecie. Munro to dla mnie najlepsza z możliwych kombinacji, ogromne poczucie humoru i dobra dawka ironii, która jest zabawna, a nie złośliwa, do tego inteligencja, uważność, bystrość.


Kalina Błażejowska – „Uparte serce. Biografia Poświatowskiej (RECENZJA)
Pięknie napisana biografia, która po części rozbuchała moje uwielbienie dla biografii w ogóle. Czytałam i byłam pod wrażeniem: że tak można opisać czyjeś życie, żeby czytało się to jak najlepszą powieść. Jak krwawy kryminał albo żwawą sensację. To był pierwszy powód. Drugim było samo życie Poświatowskiej i to, jakie ona chciała, żeby było. Odważne, niesformatowane, nieuwięzione. Przeczytałam i pomyślałam: Jezu drogi, da się. I wcale nie trzeba udawać silnej, niekobiecej, kiedy jest się chodzącą wrażliwością i lubi się unosić centymetr nad ziemią. Nie trzeba przystawać do wszystkich innych, ciosać się jak kołek, żeby dopasować się do tego, jaką chcieliby mnie widzieć inni. Można być i artystką, i ogarniać dobrze ten świat. Ci co mają zrozumieć, zrozumieją i będą obok. A na innych? Szkoda czasu i zachodu. Poświatowska miała tragiczne życie, pełno w nim było niekończących się szpitali, słabości i obijań życiowych, ale też ogrom odwagi, walki, wiary w siebie.

Jeśli ktoś etap biografii ma jeszcze przed sobą, polecam zacząć od tej.

Halina Poświatowska biografia kalina Błażejowska book me a cookie recenzja recenzje książek Joanna Mentel (7)

Katarzyna Miller – „Być kobietą i wreszcie zwariować” i w duecie z Tatianą Cichocką „Bajki rozebrane”
Katarzyna Miller to jest w mojej historii czytania w ogóle ciekawa osoba. Zawsze gdzieś mi się przewijała: a to mówiła o czymś w telewizji, a to czytałam jej felieton w jakimś czasopiśmie. No i tak sobie funkcjonowałyśmy na dystans. Aż wieki wieków temu koleżanka wcisnęła mi do ręki „Kup kochance męża kwiaty” z nieznoszącym sprzeciwu: masz, czytaj.
Nie no, dobra. Jak tak stawiasz sprawę. Mogę przeczytać.
Objawienie. To tak można? To psycholog tak może? Myśleć, pisać, przyznawać się do błędów, odsłaniać, nie dystansować się do reszty, tak po prostu być sobie i sobą, tak… po ludzku? Potem przyszły „Bajki rozebrane”. Pamiętam, czytałam je, siedząc na wycieraczce, bo zapomniałam kluczy do domu, a zapasowy komplet miał dojechać dopiero za cztery godziny. Wracałam wtedy z jakiegoś sklepu meblowego, więc w kucki między donicami, kwiatami na balkon, miliardem kolorowych poduszek – siedziałam i chłonęłam bajkę po bajce. To był kosmos.
Więc kiedy znalazłam na wyprzedaży „Być  kobietą…” wzięłam w ciemno. Tym razem już nie pod, a za drzwiami, ale też pochłonęłam na raz. Ta książka jest szczególnie dla tych kobiet, które czują się wsadzane w jakieś szuflady, a wcale nie mają na to ochoty. Dla tych, które chcą żyć po swojemu, a całe społeczeństwo tylko utwierdza je mylnie w przekonaniu, że nie mogą. Możecie, moje kochane kobiety. A nawet powinnyście. Błagam, nie słuchajcie tego, co mówią ”wszyscy”. jeśli to ma wam pomóc, to jestem choć jedna ja, która tłukę i będę tłukła do końca świata do każdej wątpiącej głowy: żyjcie po swojemu, tak jak czujecie, bo dobrze czujecie – czucia w przeciwieństwie do myślenia nie da się oszukać.  I proszę, nie idźcie na łatwiznę, nie zgadzajcie się na to, czego nie chcecie, nie dajcie sobą pomiatać, wchodzić w chore relacje, które wam nie odpowiadają, nie dajcie się mamić i zwodzić. Mówcie co myślicie, nawet jeśli będzie się wydawało, że nikt was nie rozumie. Olejcie to, walcie prawdę prosto w oczy i idźcie do przodu wyprostowane, dumne, z wysoką podniesionymi głowami.
Nie można robić inaczej.

tyle z kobiet. Panowie:

David Foenkinos – „Delikatność” (RECENZJA) - Pamiętam, przeżyłam szok, że facet może tak pisać. W taki sposób. Subtelny, ale nie „skobieciały”, nie. Męski, silny, ale z miejscem na uważność, widzenie szczegółów, zwracanie uwagi na małe rzeczy, których 90 proc. ludzi nie dostrzega. Ta książka jest po ludzku i normalnie piękna. Na jej podstawie też nakręcono film, no bo jakżeby nie. Dobra książka jest gotowym scenariuszem.

Foenkinos Delikatność book me a cookie recenzje książek recenzja cytat blog literacki (2)

Kamil Sipowicz – „Kora Kora” - Przed „Korą, korą” nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na Korę. Oczywiście, piosenki Manaamu love bardzo, forever and ever, ale dziękuję, na tym koniec. Manaam zawsze funkcjonował w mojej świadomości jakimś dziwnym cudem w oderwaniu od jego wokalistki. Jak dwa ciałka niebieskie, z których każde krąży sobie po swojej orbicie i nie mają prawa się spotkać. A jak byłam mała, to w ogóle się Olgi Jackowskiej bałam, przerażała mnie, nie rozumiałam jej zachowania. Więc zepchnęłam ją na margines moich zainteresowań. O jaka ja byłam głupia! Biografię napisaną przez Sipowicza pochłaniałam przy nikłym światełku z latarki w kuszetce, w pociągu relacji Gdańsk-Kraków, walcząc z upałem, zamykającymi się powiekami i strachem, że jak zasnę, to zlecę z mojego łóżka. Historia o dziewczynce, która nigdzie nie pasowała, której nikt nie traktował poważnie i jako wartościowej osoby. Co za ślepe buraki.

Marek Hłasko – „Piękni dwudziestoletni” – Kocham Hłaskę. „Piękni dwudziestoletni” to było objawienie stulecia. Taki twardy, taki mocny, a nieprzecietnie wrażliwy facet. Potem były kolejne tytuły, aż do nadrobienia zostało mi już tylko kilka opowiadań i jego listy. Co w jego sposobie pisania jest takiego, co mnie pociągnęło od pierwszego akapitu? Odwaga. Sednyzm (pisanie wprost, nie rozdrabnianie się na pierdoły, tak samo pisał Kapuściński, focus na samo sedno). Niezgoda na kompromisy, opisywanie świata po swojemu. Gdzieś z jakiejś bocznej pozycji, przyczajony tygrys ukryty smok, siedzący w jakiejś podrzędnej knajpie, walący banię i jarający jednego szluga za drugim. Ten typ pisarza, który od dawna nie witał się z żelazkiem, siędzacy w tych swoich znoszonych, wygniecionych spodniach przy małym okrągłym drewnianym stoliku, w półmroku (wbrew pozorom w półmroku całkiem nieźle wszystko widać), w zadymionym kącie kawiarni. Piszący na kartce w pożółkłym notatniku, potem przepisujący wszystko na maszynę i dostający pierdolca, kiedy ze zmęczenia grubo po północy zaczynają mu się mylić przyciski. Bo wtedy trzeba było przerolować kartkę, wyrównać, nanieść bibułkę, poczynić jakieś tam inne akrobacje i dopiero wtedy w miarę nie było widać, że poprawiane.

z innych panów tylko niewielki wycinek: Jan Nowicki – „Mężczyzna i one”, Jeffrey Eugenides – „Przekleństwa niewinności” i „Intryga małżeńska” (recenzja), Andrzej Stasiuk (w wywiadzie z Wodecką) – „Życie to jednak strata jest” (recenzja), biografia Leonarda Cohena – Jestem twoim mężczyzną – autorstwa kobiety, Sylvie Simmons (recenzja).

Email This Page
Print Friendly

Skomentuj


8 − 3 =